Znowu ten sam koszmar, co śni mi się
przynajmniej raz w tygodniu.
Budzę się na zimnym, metalowym
stole. Moje ręce i nogi są unieruchomione na końcach stołu. Ściany są białe, w
niektórych miejscach czerwone. Wydaje mi się, że to krew. Staram się o tym nie
myśleć. Nagle nade mną pochyla się szarooki chłopak o prawie że białych
włosach. Tak na oko ma jakieś 18 lat. Otoczył
mnie zapach róż. Wydawało mi się, że skądś go znam.
- Pomóż mi. - Powiedziałam do niego. Dotknął grzbietem dłoni
mojego policzka.
- Och Alex, tak bardzo bym chciał… ale nie mogę. Wtedy cały
plan pójdzie na marne. Nie możemy ich zawieść.
- Ale… - zaczęłam protestować.
- Ciii… - położył mi palec na ustach. – Wyciągnę nas stąd
choćby nie wiem co. Jasne?
Pokiwałam głową w odpowiedzi. Chłopak pochylił się nade mną
i pocałował mnie. Nagle ktoś go ode mnie oderwał i obrócił do siebie. Zobaczyłam
jak ten ktoś wbija mu ostrze w brzuch. Jego koniec widziałam po środku jego
pleców. Zaczęłam krzyczeć jego imię, ale nigdy po przebudzeniu się go nie
pamiętam. Zaczęłam płakać. Osoba, która go zabiła odwróciła się do mnie. W jego
niebieskich oczach widać było szaleństwo. Uniósł ten sam nóż, którym zranił
chłopaka i wbija mi go w brzuch. Zaczęłam jeszcze głośniej krzyczeć i płakać.
Obudziłam
się zalana potem w mojej ulubionej pościeli, w moim łóżku, w moim pokoju. Potrząsam głową żeby wyrzucić z niej ten głupi
sen. Podnoszę się z łóżka i idę do łazienki. Biorę zimny prysznic. Wychodzę w
samym ręczniku do mojego pokoju. Siadam przy moim okrągłym biurku i zaczynam
rysować. Według mojego brata – Nicolasa i mojej najlepszej przyjaciółki - Max,
mam talent. Ale według mnie nie mam. Po prostu czasami coś na bazgrzę i tyle.
Nim się
obejrzałam była już 4.30. Ubrałam się w normalne ciuchy a moje krótkie, do ucha
włosy przeczesałam parę razy palcami. Wyszłam na dwór. Mieszkam na obrzeżach miasta,
wiec o tej porze nikogo tu nie można spotkać. Opatuliłam się moją kurtką i
ruszyłam przed siebie.
Wróciłam do domu i mogłam tylko zjeść śniadanie i pójść do szkoły.
Tak tez zrobiłam. Przy wejściu do budynku liceum czekała na mnie Max. Jak zwykle
była ubrana na czarno. Zawsze zazdrościłam jej urody i pięknych ombre. U góry włosy ma ciemnobrązowe, a na końcach
złoty blond. W połączeniu z jej czarnymi ciuchami wyglądało to po prostu zajebiście.
Robiła coś na swoim iPhonie. Nagle
poczułam, że ktoś mnie obserwuje. Spojrzałam za siebie, ale nikogo nie
zobaczyłam.
- Czas zacząć nowy dzień. – Powiedziała bez entuzjazmu. –
Jezz, jak ja nienawidzę wtorków.
- Ty nienawidzisz każdego dnia tygodnia Max.
- Słuszna uwaga. Dobra, chodź już. Odłóżmy rzeczy do szafek
i chodźmy na ta matmę. Może jakoś przeżyjemy te 45 minut z panią Stone.
- Taaa, jasne. Uważaj bo ci uwierzę.
Odłożyłyśmy
rzeczy i ruszyłyśmy w stronę do sali od matmy. To tam miało skończyć się moje życie.
Witaj zabłąkana duszą z internetu przeglądająca blogi. Przykro mi, że natrafiłaś akurat na ten. Mam przynajmniej nadzieję, że Ci się podobał. Jeśli chcesz to możesz go komuś polecić... Ale whatever. Pamiętaj.
Czytasz = Komentujesz
Jeszcze raz dzięki, że czytałaś, dobra duszo.