wtorek, 3 marca 2015

Prolog

Znowu ten sam koszmar, co śni mi się przynajmniej raz w tygodniu.
Budzę się na zimnym, metalowym stole. Moje ręce i nogi są unieruchomione na końcach stołu. Ściany są białe, w niektórych miejscach czerwone. Wydaje mi się, że to krew. Staram się o tym nie myśleć. Nagle nade mną pochyla się szarooki chłopak o prawie że białych włosach. Tak na oko ma jakieś 18 lat.  Otoczył mnie zapach róż. Wydawało mi się, że skądś go znam.
- Pomóż mi. - Powiedziałam do niego. Dotknął grzbietem dłoni mojego policzka.
- Och Alex, tak bardzo bym chciał… ale nie mogę. Wtedy cały plan pójdzie na marne. Nie możemy ich zawieść.
- Ale… - zaczęłam protestować.
- Ciii… - położył mi palec na ustach. – Wyciągnę nas stąd choćby nie wiem co. Jasne?
Pokiwałam głową w odpowiedzi. Chłopak pochylił się nade mną i pocałował mnie. Nagle ktoś go ode mnie oderwał i obrócił do siebie. Zobaczyłam jak ten ktoś wbija mu ostrze w brzuch. Jego koniec widziałam po środku jego pleców. Zaczęłam krzyczeć jego imię, ale nigdy po przebudzeniu się go nie pamiętam. Zaczęłam płakać. Osoba, która go zabiła odwróciła się do mnie. W jego niebieskich oczach widać było szaleństwo. Uniósł ten sam nóż, którym zranił chłopaka i wbija mi go w brzuch. Zaczęłam jeszcze głośniej krzyczeć i płakać.  
                Obudziłam się zalana potem w mojej ulubionej pościeli, w moim łóżku, w moim pokoju.  Potrząsam głową żeby wyrzucić z niej ten głupi sen. Podnoszę się z łóżka i idę do łazienki. Biorę zimny prysznic. Wychodzę w samym ręczniku do mojego pokoju. Siadam przy moim okrągłym biurku i zaczynam rysować. Według mojego brata – Nicolasa i mojej najlepszej przyjaciółki - Max, mam talent. Ale według mnie nie mam. Po prostu czasami coś na bazgrzę i tyle. 
                Nim się obejrzałam była już 4.30. Ubrałam się w normalne ciuchy a moje krótkie, do ucha włosy przeczesałam parę razy palcami. Wyszłam na dwór. Mieszkam na obrzeżach miasta, wiec o tej porze nikogo tu nie można spotkać. Opatuliłam się moją kurtką i ruszyłam przed siebie. 
              Wróciłam do domu i mogłam tylko zjeść śniadanie i pójść do szkoły. Tak tez zrobiłam. Przy wejściu do budynku liceum czekała na mnie Max. Jak zwykle była ubrana na czarno. Zawsze zazdrościłam jej urody i pięknych ombre.  U góry włosy ma ciemnobrązowe, a na końcach złoty blond. W połączeniu z jej czarnymi ciuchami wyglądało to po prostu zajebiście.  Robiła coś na swoim iPhonie. Nagle poczułam, że ktoś mnie obserwuje. Spojrzałam za siebie, ale nikogo nie zobaczyłam.
- Czas zacząć nowy dzień. – Powiedziała bez entuzjazmu. – Jezz, jak ja nienawidzę wtorków.
- Ty nienawidzisz każdego dnia tygodnia Max.
- Słuszna uwaga. Dobra, chodź już. Odłóżmy rzeczy do szafek i chodźmy na ta matmę. Może jakoś przeżyjemy te 45 minut z panią Stone.
- Taaa, jasne. Uważaj bo ci uwierzę.
                Odłożyłyśmy rzeczy i ruszyłyśmy w stronę do sali od matmy. To tam miało skończyć się moje życie. 



Witaj zabłąkana duszą z internetu przeglądająca blogi. Przykro mi, że natrafiłaś akurat na ten. Mam przynajmniej nadzieję, że Ci się podobał. Jeśli chcesz to możesz go komuś polecić... Ale whatever. Pamiętaj.
Czytasz = Komentujesz
Jeszcze raz dzięki, że czytałaś, dobra duszo.